piątek, 11 lipca 2014

len na łące

Kilka dni temu chwaliłam się na facebooku, że wreszcie udało mi się uszyć coś ludzkiego, tak! prawdziwe ubranko, nie dla lali :) Nie wiecie nawet jakie to trudne! Wspominałam wcześniej, że szycie ubrań to nie moja bajka, że nawet jak uszyję to nie noszę bo wszystkie niedoskonałości doprowadzają mnie do szału. Jakiś czas temu zakochałam się jednak w lnianych tunikach i w końcu byłam odpowiednio zmotywowana. Przebrnęłam przez szereg prototypów, bo oczywiście gotowy wykrój to byłoby zbyt łatwe rozwiązanie :) Uszyłam. Pierwsza tunika jest malinowo- pomarańczowa (kiedyś pokażę), druga to szaraczek a dwie najświeższe to już nawet nie na mój użytek, tylko zamówione przez koleżankę. Tym sposobem pierwszy raz szyłam coś dla kogoś! Jako, że wyszły bajecznie (doskonalę się chyba z każdą sztuką), postanowiłam zrobić im sesję zdjęciową zanim odjadą w świat. Tunika dorosła jest mojego rozmiaru, choć przykrótka, bo dziewczę co ją będzie nosić jest jednak niższe. Tunika dziecięca rozmiaru mojej małej sąsiadki- Juli, która już się tu na blogu pojawiała. Nie są to też nasze kolory, wybaczcie, bo obie obdarowywane są blondynkami a my całkiem odwrotnie, ale nie było innej rady niż zaprezentować je na sobie samych. Spędziłyśmy przemiły wieczór na łące w towarzystwie Agaty, mamy Juli, która pstrykała wszystkie te piękne zdjęcia, zapraszam Was w zieloność :)