sobota, 31 października 2015

zasilany przez banany










Od dawna oczy błyszczały mi na widok akcesoriów ze stemplowaną skórą w roli głównej, podpatrywanych między innymi u Anity. Paseczki skóry wyglądają fajnie jako naszywki, etykietki, bransoletki... (jeśli wybierze się dobre hasło dla siebie, prawda?)

Dylematy wprawdzie były (jak to u mnie!) odnośnie samej skóry i postanowiłam z powodów etycznych wykorzystywać tylko taką ze starych, niepotrzebnych torebek/ pasków. Znajomi i kochana rodzina zaopatruje mnie w takie skórzane "śmieci" po dziś dzień:)

Udało mi się też poznać tajniki stemplowania i nabijania zatrzasków, co wcale nie było takie łatwe! i dziś przychodzę do Was ze zdjęciami pierwszych bransoletek, zrobionych dla siebie i dla Tomka.
Teksty są takie NASZE a lekko sfatygowana skóra z odzysku wcale mi nie przeszkadza:)

Jakie hasła wybralibyście dla siebie? Chętnie poczytam!

środa, 28 października 2015

minimalizm a twórczość czyli nisza niszy



Jak rękodzieło ma się do minimalizmu i co o minimalizmie sądzicie Wy, kreatywne czytelniczki?


Zdaję sobie sprawę z tego, że na blogi twórcze (w dowolnym rozumieniu i dowolnym rodzaju tej twórczości) zaglądają najczęściej osoby, które zajmują się podobną tematyką. Sama uwielbiam odwiedzać takie strony! Myślę, że w naszym „środowisku” łatwiej o porozumienie, łatwiej o lepszy kontakt i że przepełnia nas dobra energia;)
Czasem się zastanawiam nawet jak to jest, że niby wszyscy robią coś handmade a jednak tendencja ta tak rzadko przebija się w mainstreamowych mediach? Nie jestem na bieżąco, ale czy znacie jakiś serial z szydełkującą/ robiącą na drutach/ szyjącą czy malującą na szkle bohaterką?
Pewnie pojęcie „wszyscy” to mój osobisty pryzmat w postrzeganiu świata i blogosfery i może nie jest nas tak wiele...

Z twórczością wiąże się nierozerwalnie temat wyniku tej twórczości, czyli (ehem) „dzieła”. I tu sprawa odrobinę się komplikuje, jeżeli zaczynamy w swoim życiu mieć zapędy minimalistyczno- ekologiczne:)


Zauważyłam, że moje działania twórcze zmieniły się diametralnie odkąd staram się świadomie podchodzić do tego co posiadam i jakie to jest.
Otaczanie się naturalnymi materiałami, „prawdziwymi” tkaninami i prostymi, użytecznymi przedmiotami to piękny proces. Budowanie swojego świata na nowych zasadach, kiedy bierzemy pod uwagę czy dana rzecz jest nam naprawdę niezbędna, czy ją lubimy i skąd pochodzi, w jakich warunkach została wyprodukowana to doświadczenie, które uczy nas racjonalizmu ale też pozwala zajrzeć w głąb siebie. Bez ściemy. To jest fajne.

(jeżeli jeszcze zachowujecie ostrożność względem tych słów to zajrzyjcie w tych kilka miejsc w sieci, które niezmiennie mnie inspirują: 1, 2, 3, 4, 5, )

To JEST fajne, 

jest też ograniczające.


Nikt nie mówi o tym, że każdy proces twórczy wiąże się z odpowiedzialnością. A przecież pozostają po nim materialne ślady! Każdy „wyprodukowany” przedmiot pozostaje w naszym (czyimś?) otoczeniu czy jest tego wart czy nie. Każdy też zostanie kiedyś uznany za niepotrzebny... Czy nie produkujemy zatem przyszłych śmieci?
Nie pamiętam już ile wyrzuciłam w swoim życiu kartonów ze ścinkami, z rozpoczętymi robótkami, z prototypami nowych lal, bądź z nieudanymi egzemplarzami... niemało. I wiecie co? One wciąż gdzieś „żyją” na wysypisku...

Ze wzrostem tej świadomości odechciało mi się:

- rzeczy czysto dekoracyjnych ( a przynajmniej takich, których nie da się rozłożyć na czynniki pierwsze po zakończeniu misji)

- wykorzystywania sztucznych tkanin (boleję nad poliestrowym wypełniaczem i włosami lal)

- rzeczy nietrwałych, tymczasowych, osadzonych w modnych trendach

Zastanawiam się też pięć razy zanim siądę do pracy. Jestem ostrożniejsza. Popłynąć pozwalam sobie, kiedy już wiem co będę robić i z czego, czyli bez spontanicznych ruchów, ale też bez chaosu.


Czy macie podobne przemyślenia? Czy minimalizm/ świadomość ekologiczna wpływa na Wasz sposób pracy? Koniecznie odezwijcie się w komentarzach! Jeżeli śledzicie inne blogi/ vlogi na temat minimalizmu podeślijcie proszę, chętnie zajrzę.

wtorek, 27 października 2015

z dala od domu

nabiera się dystansu.














Tęskniłam, choć wieś jak zawsze koi. Teraz jest moc: pół domu przeorganizować, przekopać szafę na wylot, przejeść/ przerobić wszystkie przywiezione owoce i warzywka. Przestawić się. Znowu:)

Kolczykowy update:
Kochane dziewczyny, jak na razie rozdałam tylko białe i niebieskie kredki. To ja i aga proszę podeślijcie mi swoje adresy!

Dobrego dnia Wam życzę.

wtorek, 13 października 2015

kredki w plasterkach

Wczoraj na fb zapytałam Was po co mi pocięte kawalątki kredek i posypały się piękne pomysły. Może mini samochodowe kółka, może oczy jakiegoś stwora? Może koraliki? Wiadomo, wszystkiego się można tu spodziewać, także- zamiłowania do miniatur:)
Jednak nie są to koła to małego autka (może innym razem?). Jakiś czas już szukałam pomysłu na czarne kolczyki wkrętki. Marzyły mi się najprostsze, ale nie zwykłe kulki,bo to banał. No i żeby miały to coś, wiecie!;) Szukając inspiracji trafiłam na TEN sklepik i się zakochałam...
Natychmiast pobiegłam po narzędzia i zestaw starych kredek! Moje kolczyki nie wyszły oczywiście tak idealnie i równiutko, piłowałam je wszakże ręcznie, szlifowałam, czyściłam. Prezentują się jednak całkiem fajnie, o ile oczywiście macie zapędy w stronę recyclingowych rozwiązań i nie marzycie o brylantach:P





Mam dla Was niespodziankę! Cztery pary kolczyków (niebieskie, białe, ciemnozielone i czarne) są do wzięcia. Wystarczy zostawić pod tym postem komentarz, w którym napiszecie, który kolor wybieracie. Kto pierwszy ten lepszy:) Powodzenia!

środa, 7 października 2015

na medal




Jakiś czas temu pisałam Wam o sporcie, a właściwie o przymiarkach do sportu, bo sport to dla mnie zbyt poważne słowo. Dobrze więc- o aktywności fizycznej :) może być?
Nie wiem jak wiele z twórczych osób ma podobne odczucia a może nikt ich nie ma? Ale w moim świecie bywało bardzo skrajnie. Pewne umiejętności rozwijałam do granic możliwości, inne pozostawiając całkowicie poza swoim zasięgiem. Wszyscy potem mówią „masz talent!” a ja czuję, że to nie talent, to był... nierównomierny rozwój najwyżej. W przedszkolu siedziałam w kącie rysując a zabawa „chodzi lisek koło drogi” budziła we mnie panikę i chęć ucieczki. Nota bene: lisek ten nie miał ręki ani nogi jeśli pamiętacie, co niezmiennie mnie smuciło i przerażało (i dlaczego o tym śpiewamy do cholery?). Tak więc, milion godzin rysunku pisakami usprawniło mnie manualnie, nie da się zaprzeczyć. Kosztem jednak ciągłego siedzenia i sapania nad kartkami papieru moja sprawność motoryczna jest znacznie poniżej przeciętnej. Obijam się o ściany, framugi drzwi wyrastają przede mną niespodziewanie, potykam się o nierówne płyty chodnikowe itd.
Bieganie jest nie do oswojenia, zasad gry w piłkę nie ogarniam, układu fitness nie powtórzę....
Dlaczego o tym opowiadam? Żeby opisać Wam jak trudne i długotrwałe jest wychodzenie ze strefy komfortu :)
Komfortowo czułam się myśląc, że aktywność fizyczna jest nie dla mnie. Kiedy przypisujesz się do tej kategorii ludzi co to nie potrafią biegać/ grać w piłkę czy tańczyć to nie jesteś może bohaterem w swojej głowie ale łatwo to rekompensujesz innymi tematami. Nawet- jak u mnie- pielęgnujesz historię swojej niemocy aż stanie się niewinną rodzinną rozrywką.
Okazuje się jednak, że ciało ma swoje granice i wymagania i kiedy zaczynasz je dostrzegać robi się nieprzyjemnie bo strefę komfortu trzeba próbować opuścić a nawet opuszczać regularnie w ramach treningu.
Wiecie, z TEGO wpisu, że spróbowałam. Walka trwa :) Ostatnim celem jaki sobie postawiłam (hmm.. Tomek postawił go przede mną a ja nie uciekłam w popłochu) był rowerowy rajd/ wyścig Żuławy Wkoło. Nie bardzo wierzyłam, że uda mi się przejechać 55km niezależnie od czasu a był to najkrótszy z możliwych dystansów, bo co dla niektórych jest błahostką, dla innych stanowi prawdziwy Everest. Udało się! Choć panika towarzyszyła mi do ostatniej chwili.



Jechaliśmy w rodzinnym gronie, podziwiając piękne podcieniowe domy na Żuławach i powoli rosła we mnie siła. Więc warto oczywiście! Każdy z uczestników dostaje medal, mam więc pierwszy w swojej historii medal sportowy, co najśmieszniejsze- czuję, że bardzo zasłużony. Było wspaniale choć jazda na rowerze nie jest szczególnie przyjemna, prawdę mówiąc- stresuje mnie bo nie ogarniam tego co się dzieje dookoła. Mimo wszystko, a może właśnie dzięki temu było cudownie bo miałam poczucie zwycięstwa nad słabościami. Próbujcie, zawsze!
Kto wie, może jeszcze kiedyś pójdę na kurs tańca? :P


poniedziałek, 5 października 2015

seasalt


Po powrocie z ostatnich wakacji uznałam, że moja dotychczasowa kosmetyczka na makeup'y daleka jest od ideału. Prawdę mówiąc była to zwykła zamykana na zamek saszetka, w której wszystko, łącznie z używanymi aktualnie pędzlami mieszało się i przesypywało bez ograniczeń a drobiazgów typu kolczyki czy spinki do włosów i tak nie udawało się wyłowić. Jako, że moja droga do minimalizmu trwa i szukam przedmiotów idealnych (hehe)- szukałam też jakiś czas idealnej kosmetyczki. Cierpliwość ma jednak swoje granice i przeglądanie miliona stron z chińskim badziewiem na allegro wcale mnie nie bawiło. Nie to, że nie ma nic. Są kosmetyczki bardzo porządne bez zbędnych zdobień i z odpowiednią ilością przegródek (wprawdzie 100% poliester) ale w szalonych cenach. Albo w niższych cenach- z upiornymi ozdobami jak piórnik sześciolatki. Albo bez ozdób i nadruków- dla prawdziwego faceta, bez przegródek. Po tym rozeznaniu, kiedy uznałam, że ten błahy temat zajął zdecydowanie za dużo mojego cennego czasu- postanowiłam uszyć sobie ideał, co zajęło czasu znacznie więcej :)




Ideał jest lniany (!), na zewnątrz surowy i morski (naszywka z odzysku, która skradła moje serce), wewnątrz zaskakująco kolorowy (resztki lnu po malinowej tunice) i sprawdza się rewelacyjnie.



Na co dzień pędzelki trzymam gdzie indziej, ale w razie wyjazdu- każdy ma swoją przegródkę. Miejsca na mazidła jest dość a w dnie ukryłam też kieszonkę na drobiazgi.




Podobno przedmioty codziennego użytku, które nam w jakiś sposób przeszkadzają: wyszczerbiony talerz, nadpruty rękaw, zabierają naszą dobrą energię, bo za każdym razem dostrzegamy ów "brak"
Ta "misja" wymagała całkiem sporo pracy, brakowało mi bowiem doświadczenia i nie wiedziałam co z czym zszywać i w jakiej kolejności, ale było warto, jesteście zmotywowani? Pozdro znad morza ;)



czwartek, 1 października 2015

mydełka








Co robicie z resztkami mydła? Słyszałam o wielu sposobach :) Niektórzy przerabiają na proszek do prania, inni gromadzą w woreczku z siatki, tak by się skleiły i dały wykorzystać. U nas też mydlane skrawki bywały "doklejane" do nowej kostki ale jakoś mnie to drażniło. Odpadało, kruszyło się przy myciu, zapychało odpływ... W końcu umieściłam pod zlewem słoik i gromadziłam wszelkie resztki. Troszkę się tego uzbierało!



Postanowiłam przerobić je na nowe mydełka a ponieważ większość resztek to był "biały jeleń" albo "biały wielbłąd" czyli mydła bez specjalnych dodatków- mogłam zaszaleć. Starłam je na drobniutkiej tarce, rozpuściłam w kąpieli wodnej i dodałam:
- 3 płaskie łyżki zmielonych płatków owsianych
- 2 łyżki suszonych kwiatów lawendy (plus małe gałązki do dekoracji)
- 10 kropelek olejku lawendowego
Przelałam masę do silikonowych foremek i pozostawiłam do wyschnięcia na kilka dni.














Wyszły całkiem przyjemne mydełka a delikatnym lawendowym zapachu, łagodzące (płatki owsiane), peelingujące (wszystkie te wióry mają właściwości ścierne), sama radość :)