środa, 7 października 2015

na medal




Jakiś czas temu pisałam Wam o sporcie, a właściwie o przymiarkach do sportu, bo sport to dla mnie zbyt poważne słowo. Dobrze więc- o aktywności fizycznej :) może być?
Nie wiem jak wiele z twórczych osób ma podobne odczucia a może nikt ich nie ma? Ale w moim świecie bywało bardzo skrajnie. Pewne umiejętności rozwijałam do granic możliwości, inne pozostawiając całkowicie poza swoim zasięgiem. Wszyscy potem mówią „masz talent!” a ja czuję, że to nie talent, to był... nierównomierny rozwój najwyżej. W przedszkolu siedziałam w kącie rysując a zabawa „chodzi lisek koło drogi” budziła we mnie panikę i chęć ucieczki. Nota bene: lisek ten nie miał ręki ani nogi jeśli pamiętacie, co niezmiennie mnie smuciło i przerażało (i dlaczego o tym śpiewamy do cholery?). Tak więc, milion godzin rysunku pisakami usprawniło mnie manualnie, nie da się zaprzeczyć. Kosztem jednak ciągłego siedzenia i sapania nad kartkami papieru moja sprawność motoryczna jest znacznie poniżej przeciętnej. Obijam się o ściany, framugi drzwi wyrastają przede mną niespodziewanie, potykam się o nierówne płyty chodnikowe itd.
Bieganie jest nie do oswojenia, zasad gry w piłkę nie ogarniam, układu fitness nie powtórzę....
Dlaczego o tym opowiadam? Żeby opisać Wam jak trudne i długotrwałe jest wychodzenie ze strefy komfortu :)
Komfortowo czułam się myśląc, że aktywność fizyczna jest nie dla mnie. Kiedy przypisujesz się do tej kategorii ludzi co to nie potrafią biegać/ grać w piłkę czy tańczyć to nie jesteś może bohaterem w swojej głowie ale łatwo to rekompensujesz innymi tematami. Nawet- jak u mnie- pielęgnujesz historię swojej niemocy aż stanie się niewinną rodzinną rozrywką.
Okazuje się jednak, że ciało ma swoje granice i wymagania i kiedy zaczynasz je dostrzegać robi się nieprzyjemnie bo strefę komfortu trzeba próbować opuścić a nawet opuszczać regularnie w ramach treningu.
Wiecie, z TEGO wpisu, że spróbowałam. Walka trwa :) Ostatnim celem jaki sobie postawiłam (hmm.. Tomek postawił go przede mną a ja nie uciekłam w popłochu) był rowerowy rajd/ wyścig Żuławy Wkoło. Nie bardzo wierzyłam, że uda mi się przejechać 55km niezależnie od czasu a był to najkrótszy z możliwych dystansów, bo co dla niektórych jest błahostką, dla innych stanowi prawdziwy Everest. Udało się! Choć panika towarzyszyła mi do ostatniej chwili.



Jechaliśmy w rodzinnym gronie, podziwiając piękne podcieniowe domy na Żuławach i powoli rosła we mnie siła. Więc warto oczywiście! Każdy z uczestników dostaje medal, mam więc pierwszy w swojej historii medal sportowy, co najśmieszniejsze- czuję, że bardzo zasłużony. Było wspaniale choć jazda na rowerze nie jest szczególnie przyjemna, prawdę mówiąc- stresuje mnie bo nie ogarniam tego co się dzieje dookoła. Mimo wszystko, a może właśnie dzięki temu było cudownie bo miałam poczucie zwycięstwa nad słabościami. Próbujcie, zawsze!
Kto wie, może jeszcze kiedyś pójdę na kurs tańca? :P