niedziela, 26 lutego 2017

miss sausage

Znów całkiem niechcący udało mi się porzucić bloga, ale wybaczcie, tak zapracowana nie byłam od bardzo dawna... Wpadam na chwilkę, dokonałyśmy bowiem z Julką (której udział na tej stronie możecie prześledzić tu > KLIK choć myślę, że dobrze ją znacie!) kolejnego wspólnego dzieła i powiem Wam szczerze, że jestem w nim zakochana.

Co więcej, mojego udziału we wspólnych projektach jest coraz mniej a Jula wpada zrealizować w pełni zdefiniowane przedsięwzięcia, normalnie pękam z dumy!

Kochany, tłuściutki mopsik- amorek został narysowany precyzyjnie na papierze, łącznie z dodatkami (w tym czasie ciocia Aga wciąż gadała z mamą Juli więc czasu na planowanie detali było aż nadto!;)).

Następnie kształt mopsika Jula przerysowała powiększony i z zapasem na tkaninę, wycięła a ja tylko przejechałam na maszynie. Wypychanie to świetna zabawa, więc tu też się nie wtrącałam:)
Najlepsza zabawą okazało się jednak malowanie! Malowanie mordki na podstawie wielu zdjęć mopsów z internetu było fantastyczne. Szczególnie, kiedy znalazłyśmy złotą farbkę:)

Kochani, napiszcie Juli jak Wam się podoba Miss Sausage koniecznie, na pewno przeczy
ta każdy komentarz! Pozdrawiam Was cieplutko.




Pierwszy szkic


Pdpinane skrzydełka



Zapomniałam dodać, że razem z mopsikiem powstał mały pomocnik Muffin, specjalnie dla Matyldy :)

piątek, 6 stycznia 2017

Miśki: od czego zaczęło się moje szycie?



Około dziesięciu lat temu przygarnęłam starą maszynę do szycia Brothera, na której szyć „umiałam” jeszcze w domu rodzinnym pod warunkiem, że mama zmieniała mi ścieg... i pod warunkiem, że mama zmieniła mi nitkę... i że nawlokła nitkę na bębenek... i że ta nitka nie zerwała się po 3 sekundach... Mamo!?

Wreszcie udało mi się zapamiętać jak się przewleka nić przez wnętrzności maszyny, (a talentów technicznych nie mam za grosz!) ale zmiana ściegów to był wyższy stopień wtajemniczenia. Dlatego pierwszy obrus w pierwszym własnym mieszkaniu obszywałam zygzakiem!:)

Po opanowaniu podstawowych szyciowych czynności opanował mnie tak dziki entuzjazm, że kolorowe pluszaki wyrzucałam z „pracowni” falami jak morze w czasie sztormu wyrzuca patyki, muszelki i plastikowe butelki.
Część z Was na pewno widywała te stwory, zwane przeze mnie lulankami, na blogu. Jeśli nie to zapraszam do archiwum > KLIK


Dopiero po kilku latach odrobinkę się znudziłam i fale ustały na rzecz pojedynczych sztuk na specjalne zamówienie. Ale wiecie? Wśród znajomych wciąż rodzą się dzieci a dzieci nadal całkiem lubią zabawki. W ostatnim czasie musiałam (nic nie musiałam! Bawiłam się w najlepsze...) wrócić na chwilę do fabryki zabawek. Nowa fala przytulasków przyjęła się bez zarzutu.